Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maisie MacKenzie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maisie MacKenzie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 października 2020

Wspomnienia

june01
BostonWypłynęliśmy planowo. Jestem przerażona. Statkiem kołysze, a kapitan się uśmiecha. Przez tydzień będę sprzątała pod okiem doświadczonej pokojówki. Pani Sparks jest miła, ale bardzo wymagająca. Nie krzyczy, ale ma bardzo krytyczne i przerażające spojrzenie.


july08
WenecjaPrzycumowaliśmy w porcie w Wenecji. Pani Sparks dała mi wolny dzień, więc udało mi się zwiedzić miasto. W życiu nie widziałam piękniejszego i bardzo chciałabym tutaj wrócić! Alvise da Vilandino oprowadzając Leonardo i Ezio miał rację mówiąc Ach, Wenecja... Nie ma drugiego miejsca równie pięknego, równie stałego, równie doskonałego!


apr28
MarsyliaJestem w Marsylii i jestem przerażona. Z jednej strony ogrom wody, z drugiej, na horyzoncie, góry. Miasto piękne, stare i wspaniałe, a Stary Port inspirujący. Tylko Francuzi nerwowi i bardzo podejrzliwi. Chciałabym tutaj wrócić, aby znów usiąść na pomoście i obserwować zachód słońca. Przepiękny widok.


june16
AustraliaAustralia podobno jest piękna. Podobno, bo nigdy tam nie byłam. To jedynie państwo, w którym tylko na chwilę na ląd. Przeszłam z wycieczkowca na mniejszy jacht i znów wyruszyliśmy w rejs. Czułam się, jak idiotka wśród samych naukowców, którzy porozumiewali się w kompletnie niezrozumiałym, naukowym języku. Przynajmniej prośby o jedzenie kierowali w normalny sposób. Ogólnie, to nie byli tacy źli, a za świetną obsługę, pozwolili mi założyć strój nurka i zejść pod wodę. Żałuję, że nie mogłam z nimi zostać!




feb14
TokyoDziś Walentynki. Dzień, który kiedyś zapewne spędzę ze swoim ukochanym. Tymczasem dziś pod wieczór zeszłam z pokładu. Pani Sparsk wsadziła mi do kieszeni powerbank i obiecała, że jeśli zgubię się w tym wielkim i kolorowym mieście, to osobiście zrobi mi krzywdę. Bawiłam się świetnie, choć przez sake prawie spóźniłam się na rejs! Chętnie bym to powtórzyła.


sept36
TorontoOstatnio nieco podpadłam pani Sparks, która w ramach kary nie chciała puścić mnie na ląd, uznając że cały pobyt w Torono spędzę na pokładzie. Na szczęście udało mi się udobruchać kobietę. Zabrałam do największego zoo w Kanadzie, kupiłam najlepsze naleśniki w jednej z restauracji, a potem... Niełatwo było mi się przyznać, że jednak nie mam pojęcia, gdzie jesteśmy. Na szczęście na statek przybyłyśmy przed czasem.


oct28
PacyfikOd kilku godzin trwa sztorm. Statkiem kołysze na wszystkie strony, pioruny uderzają jeden po drugim, a odgłosy są przerażające. Kapitan zapewnia, że nie ma się o co martwić i wszystko jest pod kontrolą, ale nie byłabym taka pewna. Boję się i chcę do domu.


mar172019
DublinImpreza z okazji święta Świętego Patryka była wspaniała. Ludzie biegali po ulicach miasta ciesząc się, wszędzie było zielono, a zza rogu wyskakiwali Leprechauny z garnkami pełnymi monet. Tylko tyle pamiętam. Wciąż w głowie dźwięczą mi słowa mamy. Wróć kochanie, tata nie żyje.


may07
Nowy JorkOd śmierci taty minęły zaledwie dwa miesiące. Z mamą nie jest dobrze. To ona nalegała na powrót do swojego rodzinnego miasta. Ja nie chciałam przenosić się do Nowego Jorku. Chciałam zapisać się na kolejny rejs, ale póki nie będę miała pewności, że z mamą wszystko w porządku, nie mogę tego zrobić. Spakowałam więc wszystkie rzeczy, pomogłam znaleźć mamie rodzinę, która wynajęła nasz dom w Bostonie, i z bolącym sercem przeniosłam się do Nowego Jorku.


Powiązania

Franklyn MacKenzie15.06.1961-17.03.2019† + Profesor astrofizyki i astronauta + My beloved daughter, I love you always and everywhere Remember, my sweet star, dad is and always will be

Dzień, w którym dowiedziałam się o twojej śmierci, był najgorszym w całym moim życiu. W jednej chwili wszystko było idealnie. Świetnie bawiłam się w dzień świętego Patryka. W następnej odebrałam telefon od zrozpaczonej matki, która powiedziała mi, co się stało. Nie wierzyłam w to. Nie chciałam uwierzyć w tamtej chwili, nie chciałam uwierzyć, kiedy siedziałam w samolocie, kiedy biegłam z lotniska do samochodu Harvey`a i kiedy znalazłam się w naszym domu. Nie wierzyłam, kiedy widziałam zapłakaną Eleanor, która niczym mantrę powtarzała on już nie wróci. Nie wierzyłam nawet, kiedy stałam na cmentarzu, a trumna z Twoim ciałem była spuszczana do dołu w ziemi. Uwierzyłam, kiedy wszyscy poszli na stypę do naszego domu, a ja zostałam sama na cmentarzu. Kiedy zobaczyłam kawałek marmuru z wygrawerowanym Twoim nazwiskiem.
Nawet nie wyobrażasz sobie, jak ciężko mi było odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Nie jesteś sobie w stanie wyobrazić, jak bardzo brakowało mi Twojego głos, Twoich rad i żartów. Nie wiedziałam, co robić, prócz tego, że muszę zaopiekować się Eleanor. Ja straciłam ojca, ona miłość swojego życia. Nie było dobrze, tato. Ale poradziłyśmy sobie, wiesz? Zaczęłyśmy się dogadywać i udało nam się przetrwać ten trudny czas.
Nie spodziewałam się, że los odbierze mi Cię tak szybko. Sądziłam, że będziesz przy mnie, będziesz mnie wspierał, a kiedy nie będę wiedziała co robić, to poprowadzisz mnie, nawet za rękę, co miałeś w zwyczaju. Po Twoim odejściu podejmowanie decyzji stało się jeszcze trudniejsze. Szczególnie, kiedy stanęłam na rozdrożu i przyszło mi wybierać pomiędzy nauką a miłością. Posłuchałam jednak głosu serca, co zwykłeś mi w takich chwilach radzić. Postawiłam wszystko na jedną kartę i... udało się.
Oczywiściłam Twoje nazwisko. Już nie mówią, że zginąłeś przez to, że nie umiałeś powstrzymać się od picia. Już wszyscy mi wierzą, że to był wypadek. I chociaż wiem coś, czego nigdy wolałabym się nie dowiedzieć i chociaż mnie to niszczy od środka, to nie spocznę, póki nie doprowadzę tej sprawy do końca, a bezpośredni sprawca nie zapłaci za to najwyższej kary.
Eleanor MacKenzie25.08.1963 + Profesor oceanografii + You don't feel special. My mother prefers everyone to me.

Nie ukrywajmy, mamo. Nigdy nie było między nami dobrze. Nigdy nie miałyśmy typowych relacji, jakie powinny mieć matki z córkami. Mimo że jestem Twoją córką, to nie przepadałaś za mną. Uważałaś, że pojawiłam się na tym świecie stanowczo za szybko. Nigdy nie byłam Twoją idealną córeczką. Chociaż byłam grzeczną dziewczynką w uroczych sukieneczkach, to Tobie ciągle było mało. Irytowało Cię, że musisz się mną opiekować. Irytowało Cię, kiedy zadawałam Ci różne pytania. Nawet się z tym nie kryłaś. Pamiętam też, jak zwalałaś cały ciężar opieki na ojca, który - chociaż nie był tym zachwycony - sprostał zadaniu. Byłam jego Gwiazdką i sądzę, że to też był powód do Twojej zazdrości. Pragnęłaś mieć Franka tylko dla siebie, móc się nim cieszyć i nie musieć się dzielić, nawet z własną córką.
Frank był osobą, która trzymała naszą rodzinę razem. Bez niego obie nie wiedziałyśmy, co robić. Z tymże Ty całkiem się załamałaś. Kiedy Ty płakałaś i mówiłaś, że nie masz po co żyć, ja robiłam wszystko, byleby jeszcze nie stracić matki, nawet takiej jak Ty. Nie mogłam stracić kolejnego rodzica. Wiedziałam też, że Frank chciałby, aby się Tobą zaopiekowała. I to zrobiłam. Porzuciłam swoje plany, aby Ci pomóc. Wyjechałam z Tobą do Nowego Jorku, patrzyłam, jak rzucasz pracę na uniwersytecie i stajesz się zwykłą kwiaciarką. Praca tam uspokajała Cię. Robiłaś prześliczne wiązanki, które sprzedałaś ludziom, a ja cieszyłam się, że powoli wstajesz na nogi. Byłam z Ciebie dumna, kiedy oznajmiłaś, że czas wrócić do kariery naukowej.
Między nami nigdy nie było i nigdy nie będzie kolorowo. Jednak strata Franka zbliżyła nas do siebie. Już nie patrzysz na mnie z taką pogardą. Nie umiesz okazywać uczuć, ale widzę, że się starasz. Lubię nasze wyjścia do kawiarni czy na lunch. Polubiłam nawet rozmowy z Tobą. I chociaż czasami wciąż krytykujesz mnie, moje wybory i moich znajomych, to... I tak Cię kocham mamo. Kocham i zawsze będę o Ciebie dbała. Dlatego nie mogę Ci powiedzieć tego, czego dowiedziałam się w Bostonie. Ja z tą tajemnicą sobie poradzę, Ty... Ty nie dałabyś rady.
Thomas HenningsenTrzydziestotrzyletni Niemiec + Podróżnik + Oops, I think I loved you ... It was too perfect.

Pojawiłeś się w moim życiu zupełnie niespodziewanie. Wtragnąłeś, burząc dosłownie wszystko, w co do tej pory wierzyłam. Przy Tobie wszystko było inne, lepsze. Dałeś mi wszystko, a nawet jeszcze więcej. Sprawiłeś, że moje serce zabiło mocniej, a cały mój system wartości przewwrócił się do góry nogami. Miałam przy Tobie wszystko, czego zawsze chciałam i czego pragnęłam. Wierzyłam, że może nam się udać. Wierzyłam, że będziemy szczęśliwi. Zawsze chciałam takiego związku, jaki mieli moi rodzice. Chciałam być Eleanor, która poznała swojego Franka. Sądziłam, że to Ty nim jesteś. Sądziłam, że wszystkie przeciwności losu pokonamy razem, że nasze wspólne życie będzie cudowne. Oddałam Ci swoje serce. Nie wzięłam pod uwagę tylko jednego - ja wcale nie jestem jak Eleanor czy Frank. Oni stawiali miłość na równi z nauką. Ja tak nie umiem. Dla mnie, to nauka jest na pierwszym miejscu, dopiero potem jest miłość.
I nawet nie wiesz, jak bardzo chciałabym, aby było inaczej. Jak bardzo chciałabym móc postawić Cię na pierwszym miejscu i całe moje życie podporządkować Tobie... Ale nie potrafiłam.
Chciałabym powiedzieć, że żałuję, że tak postąpiłam. Chciałabym powiedzieć, że mi głupio, że teraz postąpiłabym inaczej. Ale nigdy nie potrafiłam Cię okłamywać. Chociaż serce boli, wiem, że to najlepsza decyzja, jaką mogłam podjąć. Dla Ciebie, dla mnie. Dla nas. Mając do wyboru albo miłość, albo naukę... Wybrałabym naukę. Wtedy, teraz i w przyszłości. Nie oczekuję, że mi wybaczysz. Nie oczekuję, że spojrzysz na mnie bez nienawiści, że będziesz w stanie ze mną normalnie porozmawiać. Nie oczekuję, że nagle staniemy się najlepszymi przyjaciółmi. Niczego nie oczekuję. Nie będę prosiła o wybaczenie, nie będę Cię przepraszała. Nie będę prosiła, abyś mnie zrozumiał. Nie będę klepała Cię po głowie i zapewniała, że spotkasz kogoś lepszego ode mnie. Uważam, że decyzja, którą podjęłam, była najlepszą, jaką mogłam podjąć. I cieszę się, że nasz związek zakończył się wtedy, kiedy nie było jeszcze aż tak poważnie.
Mimo wszystko mam jedynie nadzieję, że kiedyś to zrozumiesz. I, że spotkasz kogoś, kto doceni Ciebie oraz wszystko, co robisz. Jesteś cudownym mężczyzną. Najlepszym, jakiego może wymarzyć sobie kobieta. Ale... nie dla mnie. Oczekiwaliśmy od życia i od siebie nawzajem rzeczy, którym nie potrafiliśmy sprostać. I chociaż zdarzają się dni, że tęsknię za Tobą, za tym, jakie wtedy było wszystko proste, nieskomplikowane i... radosne. Jednak wiem, że ta sielanka zakończyłaby się wcześniej, czy później. Na zawsze pozostaniesz ważną osobą w moim sercu.
Chcę, abyś był szczęśliwy. I spotkał kogoś, kto da Ci to wszystko, czego ja nie mogłam Ci dać. Bo Ty, jak nikt inny, zasługujesz na szczęście, Tommy.
Leonardo HuntingtonCzterdziestojednoletni Anglik + Profesor astrofizyki + My pride has built a wall so strong You can't break through. Is there really no chance To start once again?

Pamiętam Cię. Przychodziłeś do mojego ojca i zamykaliście się w jego gabinecie na długie godziny. Mama kręciła nosem, bo zamówiona kolacja wystygła, a Wy nawet nie raczyliście wyjść. Tata nie lubił, kiedy mu się przeszkadzało. Twierdził, że gubi wenę, a kiedy gubi wenę, to nie może dalej pracować. Nie lubiłam, kiedy przychodziłeś. Czułam się zazdrosna. Tata nie rozmawiał ze mną, nie dyskutowaliśmy o ważnych sprawach, bo był zajęty rozmowami z Tobą. Wiem, że miał bardzo wielu zdolnych studentów, ale to z Ciebie był najbardziej dumny. Czasami miałam wrażenie, że traktował Cię niczym syna, którego nigdy nie miał. Wpajał Ci wiedzę, naprowadzał na nowe teorie, korygował błędy. Pozwalał Ci nawet zaglądać do swoich zeszytów, do których nikt, nawet mama, nie miał dostępu. Twierdził, że wyczytamy mu literki i znaczki, co zakończyłoby się tragedią. Pamiętam, jak pękał z dumy, kiedy udało Ci się obronić doktorat. Pamiętam, jaki chodził zadowolony, kiedy dokonywałeś nowych odkryć. Zawsze powtarzał, że jeśli ktokolwiek miałby go zastąpić, to właśnie Ty.
Pamiętam nasz ostatni wspólny wieczór. Siedzieliśmy w trójkę w gabinecie Franka. Pamiętam nasze rozmowy o gwiazdach i o wszechświecie. Pamiętam Twój głos, kiedy z zafascynowaniem opowiadałeś o nowej teorii dotyczącej wielkiego wybuchu. Pamiętam, jak powiedziałeś, że widzisz we mnie ogromny potencjał, a tata po raz kolejny prawie pękł z dumy. Jego najzdolniejszy uczeń chwalił jego Gwiazdkę. Nie sądziłam, że nasze drogi jeszcze się skrzyżują.
Zaskoczyła mnie wiadomość od Ciebie. Dobrze mi się żyło w Nowym Jorku. Na studiach było dobrze, w życiu prywantym w końcu odnalazłam spokój. Wszystko było idealne. Pamiętam, co mi wtedy powiedziałeś. Frank chciałby, abyś uczestniczyła w tych badaniach, dołączysz do mojego zespołu?. Nie było łatwo porzucić wszystko - miłość, przyjaciół, nowe mieszkanie. Ale przecież od zawsze taki był plan. Kariera naukowa na pierwszym miejscu.
Pamiętam nasze pierwsze spotkanie po latach. Nie przypominałeś tego młodego-dorosłego doktorka, a przede wszystkim nie miałeś już tych wielkich i śmiesznych okularów, bez których - jeśli wierzyć Frankowi - byłeś ślepy niczym kret. Ja już nie byłam tą głupiutką nastolatką. Oboje się zmieniliśmy. Pamiętam też pierwsze spotkanie z Twoją żoną. Do swojej przyjaciółki powiedziała, że wyglądam jak ladacznica i pewnie jestem od podawania kawy... Cóż, wielkie było jej zdziwienie, kiedy dowiedziała się prawdy.
Pamiętam, kiedy po raz pierwszy mnie dotknąłeś. Długie godziny spędzone na wpatrywaniu się w niebo przez teleskop dały się we znaki. Kark bolał niemiłosiernie, ale Twoje ciepłe palce ukoiły mój ból. Pamiętam Twój cichy głos, kiedy mówiłeś, że powinniśmy odpocząć. Pamiętam pierwszego niewinnego całusa, którego Ci dałam, kiedy udało nam się odszyfrować szlaczki taty i nasze badania w końcu mogły ruszyć dalej.
Nocami często wracam do naszego pierwszego prawdziwego pocałunku. Do Twoich miękkich ust, silnych dłoni. Pamiętam, co Ci wtedy powiedziałam nie powinniśmy. I wiesz co? Miałam rację. Miałam cholerą rację, bo zawsze ją mam. To nigdy nie powinno się zdarzyć. To od samego początku było skazane na niepowodzenie. Zakazane romanse tylko w filmach kończą się szczęśliwie. My nigdy nie powinniśmy istnieć. Ty miałeś żonę, a ja byłam tylko Twoją studentką.
Twoje słowa wciąż huczą mi w głowie. Byłabym w stanie wybaczyć Ci wszystko. Wszystko, rozumiesz? To, że okłamywałeś mnie, że odejdziesz od żony, choć nic nie robiłeś w tym kierunku. To, że podrywałeś inne studentki, żeby niby prawda nie wyszła na jaw. Wszystko. Oprócz tego... I chociaż skręca mnie z bólu, to wiem, że nigdy Ci nie zapomnę, że to właśnie Ty przyczyniłeś się do śmierci mojego ojca. Ty, którego traktował niczym własnego syna. Ty, w którym pokładał ogromne nadzieje i pękał z dumy. Ty, który miałeś zastąpić go w katedrze. Ty, który pokazałeś mi zupełnie nowe oblicze miłości. Ty, który sprawiłeś, że moje serce znów zabiło szybciej. Ty... Jesteś tak samo winny jak ten skurwiel, który go potrącił.
I chociaż chciałabym powiedzieć Ci, że Cię nienawidzę, wykrzyczeć prosto w twarz, że jesteś dla mnie nikim, tak... Nie potrafię nawet na Ciebie spojrzeć.
Alanya AyersDwudziestosześcioletnia Francuzka + Stewardessa + I'll be there for you ('Cause you're there for me too)

Wiesz, że jesteś moją najlepszą przyjaciółką? W sumie jedyną przyjaciółką. Prócz Ciebie otaczają mnie sami mężczyźni, co jest nieco niepokojące. I najlepszą spośród wszystkich moich ex, ale o tym, to na pewno wiesz. Dodam, że byłybyśmy świetną parą, gdybyś nie wolała tego swojego narzeczonego. I chociaż nie pamiętam od czego to wszystko się zaczęło, to nie wymieniłabym Cię na żadną inną. Pokazałaś mi, jak wygląda prawdziwa przyjaźń damsko-damska. Sprawiłaś, że w końcu miałam z kim pogadać o tuszach do rzęs, najlepszych podkładach i od kogo pożyczać buty, kiedy nagle okazywało się, że moje nie pasują do stylizacji. Pamiętam, że od samego początku było fajnie. W końcu, gdyby nie to, to nie utrzymywałabym z Tobą kontaktu. Nadajemy na tych samych falach, maleńka.
W naszej relacji, to ja jestem tą złą. Zachowujesz się fair wobec mnie, ufasz mi, zwierzasz się, a kiedy potrzebujesz pomocy, to wiesz, że ode mnie ją zawsze dostaniesz. Bez oceniania, bez wyciągania pochopnych wniosków, bez niepotrzebnych komentarzy. Możesz zadzwonić nawet o trzeciej nad ranem, a ja odbiorę. I nie, nie dlatego, że jeszcze nie położyłam się spać, tylko dlatego, że mi na Tobie zależy. Chociaż ufam Ci bezgranicznie, chociaż wiem, że mogę na Tobie polegać, a Ty nigdy mnie nie ocenisz i będziesz wpierała. Wiem, że kiedy potrzebuję rady, to otrzymam ją od Ciebie. Wiem, że kiedy świruję, to będziesz potrafiła sprowadzić mnie do parteru. Wiem, że kiedy zacznę przesadzać, Ty mnie ogarniesz.
Ale chociaż kocham Cię, Ty moja wariatko, i ufam Ci, to... nie moge być zawsze z Tobą szczera. Nie mogę powiedzieć Ci wszystkiego, choć czasami bardzo bym chciała. Są w moim życiu takie sekrety, których nie mogę zdradzić. Mam nadzieję, że i to kiedyś zrozumiesz.
Roy MacKenzie19.11.1995 + Matematyk hobbystycznie, muzyk zawodowo + I find you. My big stupid brother, cousin.

Pojawiłeś się w moim życiu, w chwili, w której nie spodziewałam się, że życie mojej rodziny może ulec jakiejkolwiek zmianie. Osiągnęliśmy względny spokój, który został zburzony wraz z Twoim pojawieniem się. Dowiedziawszy się, że mam kuzyna, oczekiwałam wszystkiego. Nie mogłam się doczekać, aż poznam wujka, o którym do tej pory nie miałam pojęcia. Wciąż pamiętam nasze pierwsze rodzinne spotkanie. Pamiętam tę narastającą euforę i tę radość. Chciałam poznać prawdę, a kiedy ją dostałam, nie wiedziała, jak zareagować. Eleanor mnie ostrzegała, że nie będzie to łatwa rozmowa, jednak nie spodziewąłam się aż tego. Wujek Franco wyglądał identycznie co mój ojciec. Poruszał się i uśmiechał w ten sam sposób. Jego głos tak bardzo przypominał Franka, że gdybym nie wiedziała, zapewne myślałabym, że właśnie zobaczyłam swojego ojca. Szybko się przekonałam, że na tym podobieństwa się kończyły. Wiem też, dlaczego ojciec definitywnie uciął z wami kontakt.
Ty jednak nie jesteś swoim ojcem. Jesteś odrębną jednostką i mimo sprzecznych opinii, tak właśnie postanowiłam Cię traktować. Nie żałuję tego. Franco mogę nie lubić, mogę krzywo na niego patrzeć. Ale Ciebie pokochałam. Pokochałam jak starszego, irytującego i nadopiekuńczego brata, którego nigdy nie miałam. I cieszę się, że wdałeś się w tych prawdziwych MacKenzich.
Harvey Grimmes 17.12.1995 + Doktor robotyki + What color is your robot? Just don't say it's gray ...

Znamy się od zawsze. Przyjaźnimy się też od zawsze. Uwielbiam Cię, a Ty uwielbiasz mnie, choć nigdy mi tego nie powiedziałeś. Pamiętam, że już jako małe dzieci świetnie się dogadywaliśmy. Co prawda niszczyłam Ci Twoje rzeźby z piasku, ale za to Ty zabierałeś mi najlepsze foremki! Nasi rodzice nie mogli się dogadać. I albo Ty siedziałeś u mnie, albo ja u Ciebie. Wszystko po to, aby Twoi nie musieli rozmawiać z moimi.
Lata mijały, my dorastaliśmy. Nie było nam łatwo. Ja miałam na głowie Eleanor i głowę pełną ideałów, a Ty... Ty byłeś czarnoskórym gejem, w dodatku kujonem, w zwykłym liceum. Ale mieliśmy siebie. Ty byłeś tym od genialnych pomysłów, ja tą, co nie bała się nadać im życia. Lata mijały, a my wyszliśmy na ludzi.
Wciąż jesteś moim najlepszym przyjacielem. Wciąż uwielbiam spędzać u Ciebie noce, które poświęcamy na rozmowach o superbohaterach. Ale wiesz co? Sądziłam, że w tym wieku poznam Twojego wybranka serca. Prawdziwego, a nie zbudowanego przez Ciebie.
Joey Geller28.06.1995 + Fizyk teoretyczny z wykształcenia, właściciel sklepu z komiksami z zamiłowania + You are the handsomest and sweetest nerd I know.

Poznaliśmy się w liceum. Pierwsze randki, pierwsze skradzione pocałunki, pierwsze nocne spacery... Wszystko było na swoim miejscu. Właśnie, było. Z perspektywy czasu sądzę, że MY nigdy nie powinniśmy istnieć. Zawsze to była bardziej przyjaźń niż romans i nawet nie próbuj temu zaprzeczać. Rozumieliśmy się doskonale. Idealnie pasowałeś do mojej paczki, którą stworzyłam razem z Harveyem. Byłeś powiewem świeżości, którego brakowało w naszym towarzystwie. Byłeś tak samo mądry, miałeś świetne udoskonalenia naszych pomysłów, ponadto uwielbiałeś komiksy, w których doszukiwałeś się praw fizyki.
Akurat ja jestem tą osobą, która nigdy nie zrozumie Twojej decyzji. Byłeś świetnym fizykiem, odnosiłeś wielkie sukcesy i nagle... Po prostu to rzuciłeś. Rozumiem zamiłowanie do komiksów, ale czy naprawdę warto było porzucać karierę naukową dla tego sklepu? Ale, co ja tam wiem. Rób, jak uważasz. Tylko potem nie płacz, że popełniłeś największy błąd w swoim życiu! Nawet robot od Harveya nie zaklei tej dziury w sercu i straconych lat.
Franco MacKenzie15.06.1961 + Inżynier + There's n-n-n-n-n-n-no way. No way. Oh, no way.

Jesteś tylko inżynierem, a mądrzysz się tak, jakbyś co najmniej miał doktora. Wyglądasz jak mój ojciec. Poruszasz się w ten sam sposób, uśmiechasz się tak samo, ba! Nawet kiedy mówisz, to gestykulujesz w bardzo podobny sposób. Nawet głosy macie podobne. Jednak wystarczy moment, w którym zaczynasz wypowiadać słowa i już wiadomo, że z Frankiem nie masz nic wspólnego. Jesteś czarną owcą tej rodziny. I nie rób z siebie ofiary, drogi wujku. Wszyscy dobrze wiemy, że jak nikt inny zasługujesz na to miano. Nie wiem, co dokładnie zaszło pomiędzy Tobą a moim ojcem. Prawdopodobnie nigdy się tego nie dowiem. Ale wiem, co próbowałeś zrobić mi. I wiesz co? Wypchaj się. Im bardziej będziesz próbował mnie pogrążyć, tym większy napotkasz opór. Im więcej będziesz próbował mi odebrać, tym większą będę miała ochotę Ci dokopać. Nie myśl sobie, że mnie pokonasz, a jeśli spróbujesz skrzywdzić Eleanor... Niech ten Twój Bóg ma Cię w opiece. Nawet nie wiesz, kochany wujku, z kim zadarłeś. Ja się na pewno nie poddam, a Ty?
Caroline MacKenzie15.06.1968 + Doktorka biotechnologii + There's n-n-n-n-n-n-no way. No way. Oh, no way.

Droga ciociu, jesteś elegancką, dostojną i pełną wdzięku kobietą. Zawsze jesteś dobrze ubrana, masz nienaganne maniery. Wysławiasz się na najwyższym poziomie i nigdy nie mówisz nieproszona. Jesteś kobietą idealną, a przynajmniej takie sprawiasz wrażenie. Problem w tym, że... to wszystko kłamstwo. Masz maskę idealnej, a tak naprawdę jesteś taka sama, co ten Twój mąż. Pełna obłudy i zła w sercu. Możesz mówić sobie, co tylko chcesz, ale mimo wszystko nawet nie dorastasz do pięt Eleanor. Ona zawsze będzie od Ciebie lepsza. Cokolwiek byś nie zrobiła, czegokolwiek byś nie powiedziała i tak zawsze będziesz krok po mojej matce. Nie próbuj kopać pod nią dołków, nie podkładaj jej świń pod nogi i nie próbuj jej oczerniać. Nie rozoumiem dlaczego w ogóle z nią rywalizujesz, ale to dziwne pragnienie wygranej za wszelką cenę w końcu doprowadzi do Twojego upadku. Ja póki co milszę, przypatruję się tej sytuacji z boku, ale jeśli przesadzisz, choć jeden raz przesadzisz, to nawet Roy nie zdoła mnie powstrzymać.
Hudson ChambersStarszy niż wygląda + Właściciel jakiejś firmy i pilot + You give the money, I get the Nobel Prize.

Fundusze na sprzęt badawczy dla uczelni są bardzo ważne. Nie mając odpowiedniego sprzętu, badania stoją w miejscu, co skutkuje brakiem postępu. Tamten bankiet był dla wszystkich bardzo ważny. Ta banda starych dziadów wysłała mnie na pierwszy ogień, sądząc, że tylko do tego się nadaję. Zabolało. I kiedy zwyczajnie chciałam się stamtąd zerwać, Ty stanąłeś w drzwiach. Było... miło. Naprawdę miło. Powiedziałeś, że przypominam Twoją narzeczoną. Ale wiesz co? Poznałam Mirandę, która przyszła spóźniona i wcale nie jesteśmy do siebie podobne. Za pieniądze dziękuję, bo dzięki nim udało mi się dokończyć badania. I mam nadzieję, że jeszcze kiedyś zawitacie na bankiet, abym mogła osobiście podziękować.
Tyler BringhtonPrawie trzydzieści na karku + Właściciel baru Aggie + You gave me something wonderful. Thank you.

Nie myśl sobie, że Cię nie pamiętam. Pamiętam Cię doskonale. Muszę przyznać, że nie przepadałam za Tobą. Wolałam siedzieć z dorosłymi niż z Tobą i Twoją siostrą. Aggie była fajna. Miała fajne zabawki, ale nie zawsze rozumiała, co do niej mówię. Ty natomiast nie chciałeś siedzieć z dziewczynkami, chociaż nie wiem, dlaczego. Przecież byłam uroczym dzieckiem. Z wiekiem było coraz lepiej. Wszyscy dorastaliśmy. Z Aggie dogadywałam się coraz lepiej, a Ciebie głównie nie było, bo przesiadywałeś ze swoimi znajomymi. Nie mogłam Cię za to winić. Zresztą, gdybym mogła, to też spędzałabym ten czas w zupełnie inny sposób. Aggie była świetna, jednak czasami chciałam zwyczajnie wyjść z Waszego mieszkania i iść na miasto, na co jej zawsze brakowało odawgi.
Wiesz, że pamiętam tamten wieczór? Kiedy stwierdziłam, że jesteś podobny do Thora, to nie mogłam się powstrzymać. Byliśmy młodzi, rodziców nie było, a wino było takie dobre... Z pamięci chyba nigdy nie wyprę Twojej przerażonej miny, kiedy zorientowaliśmy się, że jednak moi rodzice postanowili wrócić nieco wcześniej.
Nie wiem, dlaczego wtedy nie poszedłeś z resztą. Pogrzeb dla wszystkich był bardzo trudnym dniem. Chciałam zostać sama. Sądziłam, że jestem, dlatego pozwoliłam sobie na tę chwilę słabości. Nie sądziłam jednak, że moje uczucia i emocje wymknął się spod kontroli. Byłeś świadkiem mojego wybuchu na cmentarzu, a potem jeszcze kolejnego w moim domu. Ale, sam powiedz, jak oni wszyscy mogli się uśmiechać, śmiać się, swobodnie rozmawiać, kiedy ciało mojego ojca spoczywało kilkanaście metrów pod ziemią? Jak oni mogli jeść i pić, kiedy ciało Franka stawało się pożywieniem dla robaków?
Nie jestem głupia. Nawet wtedy starałam się myśleć racjonalnie. Ale - czego nie musisz wiedzieć i nigdy Ci nie powiem - nie wiem, co stałoby się, gdybyś wtedy nie wszedł do łazienki.

Have I the courage to change?

Wolność kocham i rozumiem

Wolności oddać nie umiem

Mogłabym powiedzieć, że wszystko jest tak jak dawniej, bo w końcu nic się nie zmieniło. Byłoby to jednak jedynie piękne kłamstwo, którym karmiłabym wszystkich wkoło, a przede wszystkim samą siebie. Wyjeżdżając na początku kwietnia z Nowego Jorku, dobrze wiedziałam, że zmieni to całe moje dotychczasowe życie. Tata zawsze mi powtarzał, że powinnam spełniać swoje marzenia, że nie powinnam patrzeć się na innych i skupić się na sobie, bo nikt za mnie życia nie przeżyje. I to właśnie zrobiłam. Jednego dnia odebrałam telefon z Bostonu, a tydzień później z walizkami siedziałam w samolocie. Skłamałabym również, gdybym powiedziała, że nie była to łatwa decyzja. Niby się zastanawiałam, niby rozważałam zalety i wady wyjazdu, ale tak naprawdę w głębi serca wiedziałam, że będzie to najlepszy wybór.

A jednak znów tu jestem, w Nowym Jorku, choć powtarzałam, że już tego nie zrobię. Tym razem decyzja nie była łatwa, ale wydawała się najlepszą opcją. Wszystko jest w porządku. Mam nowe mieszkanie, nowe ubrania, nową fryzurę i nowe plany, a nawet nowy teleskop oraz nową pracę. Na uczelni mam gabinet, który dzielę z innymi doktorantami. Całe dnie spędzam na nauce, udowadniając, że naukowiec nie musi wyglądać niczym żywcem wyciągnęty z prześmiewczych filmów.

Wszystko jest niby tak jak dawniej. Uczę się, pracuję, żyję. A jednak, zmieniło się wszystko i już nic nie jest takie samo.

Maisie MacKenzie
04.04.1995 r., Boston 🟍 South Boston –– Queens, Long Island, Nowy Jork –– South Boston –– Midtown Manhattan, Nowy Jork 🟍 Dawniej: Kelnerka na jachtach + pokojówka na wycieczkowcach 🟍 Obecnie: Prezenterka w planteraium 🟍 CUNY Graduate Center: Astrophysics –– przeniesienie z Astrophysics at Harvard 🟍 Autorka kilku pomniejszych artykułów do czasopism związanych z astrofizyką oraz jednej poważnej pracy, która napisała na podstawie pozostawionych przez ojca notatek 🟍 Współtwórczyni kanału na Youtube związanego z ciekawostkami ze świata fizyki, robotyki i astrofizyki 🟍 Wschodząca gwiazda TikToka (konto powiązane z kanałem na YT) realizująca cykl Z pamiętnika astrofizyczki 🟍 Powiązania 🟍 Wspomnienia
[Hej! Maisie już kilka razy była, ale stwierdziłam, że jeszcze mam sporo do opowiedzenia, więc... taadaam. Starych autorów przepraszam, za to, że uciekłam i jeślibyście chcieli kontynuować wątki, to zapraszam! Nowych autorów też zapraszam. Bawmy się! 
Kontakt: czarny.jezdziec69@gmail.com]

Once upon a time in Boston, part one: Knock, knock, knock, Maisie

Maisie zamknęła oczy i odliczyła do trzech. Nienawidziła tego uczucia, które towarzyszyło jej zawsze podczas lądowania samolotu. Nie przepadała również za samymi samolotami, choć te nigdy nie zrobiły jej nic złego. W myślach powtarzała sobie, że jeszcze chwila i będzie na ziemi. Zaraz wyjdzie z tej przeklętej maszyny i rozprostuje kości. Już nie mogła się doczekać, aż odetchnie świeżym, bostońskim powietrzem, aż uniesie głowę w górę, a kropelki deszczu będą spływały po jej twarzy. Deszcz w Nowym Jorku był inny niż ten w Bostonie. Bardziej brudny, bardziej mokry, bardziej smutny i bardziej irytujący. Nie lubiła tamtego deszczu i nie lubiła wychodzić w taką pogodę z mieszkania. Deszczowe dni najchętniej spędzałaby pod kocem z ciepłą herbatką i jakąś dobrą książką. Gdyby stwierdziła, że bostoński deszcz dodaje jej energii i chęci do życia, byłoby to spore zagięcie prawdy. Mogła za to śmiało powiedzieć, że w taką pogodę w Bostonie czuła się znacznie lepiej niż w Nowym Jorku i nie miała ochoty spędzać całego dnia w łóżku.
Rozmyślania na temat pogody, przerwał jej komunikat, że już wylądowali i mogą opuścić pokład. Z szerokim uśmiechem odpięła pas, z łuku bagażowego ściągnęła swoją niewielką walizkę, po czym grzecznie stanęła za innymi ludźmi, którzy również chcieli opuścić samolot.
Niespełna pół godziny później znajdowała się w wielkiej poczekalni i powoli zmierzała w kierunku wyjścia. Teraz pozostawało jej jedynie złapać taksówkę i dojechać do celu. Biorąc pod uwagę wszystkie problemy (w tym brak taksówek oraz korki) podejrzewała, że na miejscu będzie najwcześniej za jakieś dwie godziny. Mimo wszystko, nie przejmowała się tym, a wprost przeciwnie. Cieszyła się, że jest coraz bliżej i coraz mniej czasu dzieli ją od dawno wyczekiwanego spotkania.
Powoli szła przed siebie, starając się omijać spieszących i pchających się ludzi. Nie lubiła, kiedy ktoś obcy się o nią ocierał, popychał albo na nią wpadał. Już teraz miała ochotę ściągnąć z siebie ubrania i wrzucić je do pralki, aby pozbyć się wrażenia, że są w jakiś sposób brudne.
– Jezu Roosevelt Chryste! – wyrwało jej się, kiedy jakiś mężczyzna, około pięćdziesiątki, przepchnął się koło niej i ramieniem uderzył o jej. – Uważaj, jak chodzisz! – Krzyknęła za nim, z trudem powstrzymując się od dodania na końcu „debilu”. Wzięła głębszy oddech, uniosła głowę i zamarła. Lekko rozchyliła usta.
Czarnoskóry mężczyzna stał kilka metrów przed nią i uśmiechał się szeroko. Wyciągnął w jej stronę ręce w zachęcającym geście. Niewiele myśląc, przebiegła dzielącą ich odległość, a będąc dostatecznie blisko, puściła rączki od walizek i rzuciła się mu na szyję z głośnym piskiem. Ten, złapawszy równowagę, objął ją w pasie i nawet lekko uniósł.
– Dziewczyno, przytyłaś – rzucił, odstawiając ją na ziemię, ale wciąż nie przestawał obejmować. Musnął jej policzek i wtulił twarz w jej włosy.
– Zamknij się – wymamrotała w jego ramię. Jak zwykle śmierdział metalem, smarem i innymi olejami. Jeszcze chwilę tak stali, aż w końcu brunetka powoli odsunęła się na długość własnych ramion. – Co ty tu robisz? Mieliśmy się spotkać u ciebie.
– Niespodzianka – uśmiechnął się szeroko. – Chodźmy już stąd, bo to nie koniec niespodzianek – dodał, zabawnie poruszając brwiami. Puścił przyjaciółkę, aby odebrać od niej walizki i oboje wyszli z budynku.
– Co jeszcze mnie czeka? – zapytała, kiedy znaleźli się w samochodzie mężczyzny, a ten próbował wyjechać z parkingu.
– Moja mama, jak się dowiedziała, że przyjeżdżasz, zrobiła kolację. Cała kompania by się najadła, a pewnie i tak by zostało. Znasz ją.
– Ale... jak to się dowiedziała? Przecież miałeś jej nic nie mówić!
– Ale to nie moja wina, Słoneczko, tylko twoja. Od tygodnia jarałaś się na relacjach na Insta, że lecisz do Bostonu.
– Ale Twoja mama nie ma... Nauczyłeś ją korzystać z social mediów?! – zapytała z niedowierzaniem i parsknęła śmiechem. Mężczyzna pokręcił przecząco głową, również się śmiejąc.
– Prędzej bym ją w kosmos wysłał niż czegoś nauczył. Sama się wzięła i nauczyła – odparł, obserwując z zadziornym uśmiechem, jak Maisie drgnęła lekko, słysząc to zdanie. Złapał ją za kolano. – Nie chciała cię nigdzie dodawać, bo wtedy byś się szybko domyśliła, a tak... Niespodzianka.
Reszta podróży minęła im w bardzo wesołej atmosferze. Ciągle żartowali, dogryzali sobie i opowiadali różne historie. Obliczenia Maisie, na szczęście, się nie sprawdziły i pod domem Harveya przyjechali wcześniej o godzinę. Brunetka, nie mogąc się doczekać spotkania z jego matką, szybko wyskoczyła z samochodu i nie przejmując się bagażami, pobiegła do drzwi, po drodze pośpieszając przyjaciela. Z tych emocji nie mogła ustać w jednym miejscu i przypominała trochę szczeniaka, którego ktoś napoił kofeiną.
– Zapraszam w moje skromne progi, Słoneczko – powiedział, otwierając przed nią drzwi. Weszli w głąb mieszkania i od razu uderzył w nich zapach dobrego jedzenia. Maisie uśmiechnęła się szeroko. Dlatego lubiła przychodzić do Harveya. U niego zawsze pachniało dobrym jedzeniem, natomiast jej rodzina stanowiła idealny przykład typowo amerykańskiej. Dieta pudełkowa w ich przypadku była bardzo dosłowna. Zamawiali albo kupowali na wynos dosłownie każdy posiłek. Wyjątek stanowił jej ojciec, ale on potrafił robić tylko genialne pancake z syropem klonowym i nie robił tego zbyt często, twierdząc, że za szybko by się tym przejedli. Maisie, chociaż wiele razy próbowała, to nigdy nie osiągnęła takiego smaku, a teraz oddałaby wiele, aby jeszcze raz móc zjeść choć jednego.
– Część, skarbie! – uśmiechnęła się szeroko na widok leżącego na posłaniu psa. Kucnęła przy nim i zaczęła głaskać za uchem. Pies był stary, Harvey go miał, odkąd sięgała pamięcią, ale wciąż dobrze się trzymał. To, że obecnie nie wstawał, było oznaką tylko i wyłącznie jego lenistwa. – Kto jest ślicznym pieskiem, no kto? – mruczała, wciąż go głaskając i uważając, aby w tej radości jego język nie dotknął jej ust.
Wstała w końcu i otrzepała ręce z niewidocznego pyłku. Ściągnęła również skórzaną kurtkę, którą odwiesiła na wieszak, a na nią zarzuciła ciepły szal, którym była opatulona.
Stukając obcasami weszła do jadalni, gdzie pani Soler upewniała się, że sztućce są idealnie ułożone.
– Dzień dobry! – rzuciła radośnie w stronę kobiety i już miała do niej podejść, kiedy zdała sobie sprawę, że przy stole siedzi ktoś jeszcze. – Joey! – Krzyknęła, szczerząc się wesoło. Mężczyzna wstał od stołu i podszedł do niej. Od razu zarzuciła mu ręce na szyję i mocno się w niego wtuliła. W odróżnieniu od Harveya, nie rzuciła się na niego, bo dobrze wiedziała, że akurat Joey by jej nie złapał. Prędzej oboje znaleźliby się na podłodze i obili sobie tyłki.
– Cześć, Słoneczko moje – mruknął, mocno ją ściskając. – Naprawdę dobrze cię widzieć – dodał, głaskając ją po plecach. Jeszcze chwilę tak postali, aż usłyszeli głośnie chrząknięcie pani Soler, która stała z dłońmi opartymi na biodrach.
Maisie przywitała się jeszcze z kobietą, po czym zniknęła na chwilę w łazience, aby umyć ręce. Wróciła i od razu usiadła do stołu.
– Pomódlmy się – powiedziała pani Soler, chwytając syna oraz Maisie za dłonie. Joey również chwycił ich dłonie. – Panie, pobłogosław te dania i dłonie, które je przygotowały.
– Amen – odpowiedzieli chórem i wzięli się za nakładanie jedzenia.
Pani Soler naprawdę potrafiła gotować. Chociaż byli tutaj tylko w czwórkę, to jedzenia nie brakowało i każdy znalazł coś dla siebie. Na pierwsze danie podała tradycyjną, gęstą zupę z morskich mięczaków ze stanu Massachusetts. Ponadto na stole znajdował się pieczony kurczak, pierś z kurczaka w sosie z serków topionych, pieczone ziemniaki, duszony szponder wołowy, mac and cheese, Buffalo wings, kasza z krewetkami i rukolą, kilka sałatek. Wszyscy zajadali się w najlepsze, rozmawiając i śmiejąc się wesoło, a kobieta co jakiś czas zachęcała ich do nakładania czegokolwiek, bo tak marnie wyglądają, a ona nie chce, aby cokolwiek się z dzisiejszej kolacji zmarnowało.
– Maisie, powiedz no mi jedno... – zaczęła, kiedy wszyscy zgodnie doszli do wniosku, że to dość jedzenia. – Ale za chwilę – dodała, na co Maisie się zaśmiała. Pogładziła się po brzuchu, żałując, że zjadła jeszcze to jedno skrzydełko. Teraz trudność sprawiało jej nawet poruszenie palcami u dłoni. Jęknęła głośno. – Najpierw deser! – Na te słowa Maisie jęknęła jeszcze głośniej, ale kiedy przed jej nosem znalazła się panna cotta z konfiturą malinową, uśmiechnęła się szeroko, a ślinka naleciała jej do ust.
– O co chodzi? – zapytała kobiety, kiedy ta wróciła na swoje miejsce.
– Jesteś młoda i atrakcyjna. Trochę mizernie wyglądasz, ale to pewnie wina Eleanor, bo nie ugotuje ci normalnego obiadu, tylko kupuje te gotowe dania. Ale nie o tym – machnęła ręką. – Chodzi o to, że... Bez owijania w bawełnę, masz kogoś w tym Nowym Jorku? Wiem, wiem. To nie moja sprawa, ale prędzej doczekam się wnuków od ciebie niż od własnego syna. Chyba, że mi zbuduje. Maisie, Słoneczko, nie chcę mieć wnuka-robota. Na pewno ktoś się koło ciebie kręci. Na tym uniwersytecie nie brakuje mądrych ludzi, na pewno, któryś zwrócił na ciebie uwagę. Albo na tych twoich jachtach. Może jakiś biznesmen. Słyszałam, że młody...
– Mamo! – Harvey przerwał kobiecie wykład, widząc, że Maisie zrobiła się dziwnie czerwona. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz widział ją tak zarumienioną, więc dało mu to do myślenia. Ukradkiem wyciągnął telefon i wystukał wiadomość do przyjaciółki. Brunetka, czując wibrację telefonu w kieszeni, nie musiała nawet sprawdzać, aby wiedzieć, co było napisane w wiadomości.
– No co? Nie twierdzę, że Maisie sama sobie nie poradzi, ale może trzeba ją jakoś naprowadzić.
– Myślę, że sama się już dobrze naprowadziła – parsknął Joey i lekko szturchnął brunetkę w nogę. – No już, nam możesz się przyznać, jesteś wśród przyjaciół. Jaka ona jest? Kolejna brunetka? A może tym razem blondynka? Albo wiem! Przerzuciłaś się na rude.
– Wątpię. Normalną już miała. Pewnie teraz bałamuci jakąś alternatywkę.
– Albo kolejnego nerda. – Joey wymownie poruszył brwiami, na co wciąż zarumieniona Maisie wywróciła oczami.
– Bardziej stawiam na alternatywkę, a może to ktoś sławny, piękny i bogaty? Albo ktoś kogo dobrze znamy? A może to jakaś gwiazda i wasz związek musi być w tajemnicy?
– Możecie przestać rozmawiać o moim życiu erotycznym? – zapytała, wbijając łyżeczkę w deser. – Nic wam nie powiem, bo nikogo nie ma. Ponadto, alternatywka? Serio? I miałam jednego nerda. O jednego za dużo.
– Wiedziałem, wciąż na mnie lecisz. – Joey uśmiechnął się niczym typowy macho i wymownie poruszył brwiami. Widząc skrzywienie na twarzy Maisie, parsknął śmiechem i rozczochrał jej włosy.
  *.*
Od piętnastu minut stała przy barierce i wpatrywała się w wody Zatoki Maine. Wiatr rozwiewał jej włosy, a do nosa dostawał się zapach starej ryby. Mimo wielkiej miłości do mórz i oceanów, chyba nigdy nie polubi tego zapachu. Starała się skupić na dźwięku fal, ale krzyk mew skutecznie jej to utrudniał. Na chwilę zamknęła oczy, powracając wspomnieniami do czasów liceum.
Niekoniecznie zachowywała się jak normalne nastolatki w jej wieku. Nie uśmiechała się zalotnie do chłopców i nie brała udziały w licealnych dramach. Nie spędzała całych dni w centrum handlowym na szukaniu nowych ubrań, bo wolała zamawiać je przez internet. Większość dni spędzała na nauce i walce o lepszy świat. Rozwieszała plakaty promujące segregację śmieci i wynegocjowała mniejsze zużycie plastiku przez szkolną stołówkę. Wiedziała, że ze swoimi wynikami w nauce i osiągnięciami na rzecz szkoły spokojnie mogłaby przeskoczyć kilka klas, ale nie chciała. Nauka była dla niej bardzo ważna, ale jej przyjaźń z Harveyem jeszcze ważniejsza. Nie mogła zostawić go samego w klasie, na pastwę tych wrednych dzieciaków. Ponadto przeskoczywszy kilka klas, szybciej ukończyłaby szkołę i szybciej stałaby się dorosła, a na to nie była gotowa.
Kiedy akurat się nie uczyła albo kogoś nie uczyła, albo nie brała udziału w kolejnej akcji, wraz z Harveyem przesiadywali w sklepie z komiksami. Przeglądali zeszyty, wyłapywali te najlepsze, a ich kolekcje stale się powiększały. To właśnie podczas jednego z takich wypadów poznali Joeya. Maisie kojarzyła go, był czynnym członkiem kółka fizycznego, do którego sama nie miała czasu dołączyć. Ich pierwsza rozmowa odnośnie postaci Uroczego w serii Fable z czasem przerodziła w kłótnię o lepszości uniwersum Marvela nad DC, a to z kolei zapoczątkowało piękną znajomość.
Nikt nie sądził, że pierwszego chłopaka znajdzie sobie w sklepie z komiksami, ale to co łączyło ją z Joeyem było wyjątkowe. Wspólne pasje i zainteresowania, ten sam pociąg do nauk ścisłych i ten sam poziom poczucia humoru. Mieli po siedemnaście lat, cały świat stał przed nimi, a oni i tak woleli spędzać czas w sklepie z komiksami i prowadzić dyskusje na temat superbohaterów.
Mimo sielanki oboje szybko zdali sobie sprawę, że nie są sobie pisani. Była nic porozumienia, ale brakował tej romantycznej otoczki. Był bardziej jej przyjacielem niż chłopakiem.
– Cześć, Słoneczko! – Głos Joeya tuż przy uchu sprawił, że brunetka podskoczyła w miejscu nagle wyrwana z objęć wspomnień. Spojrzała z wyrzutem na przyjaciela, a ten roześmiał się wesoło i cmoknął ją w policzek. – O czym tak myślałaś?
– O nas – odparła zgodnie z prawdą, uśmiechając się lekko. – O tym, jak się poznaliśmy i w ogóle.
– Wiedziałem, wciąż na mnie lecisz – parsknął śmiechem, obracając brunetkę w swoją stronę. – No już, nie będę ci się opierał. – Złożył usta w dzióbek i nieco się zdziwił, kiedy dziewczyna zrobiła krok w jego stronę. Jedną dłoń oparła na jego ramieniu, a drugą przesunęła po karku.
– Jesteś pewny, że tego chcesz? – zapytała, przysuwając się do niego. Szybko ocenił sytuację i ostatecznie musnął policzek przyjaciółki.
– Mam kogoś, Maisie – wyznał w końcu, odsuwając się i opierając o barierkę.
– No w końcu! – Brunetka klasnęła w dłonie i lekko uderzyła przyjaciela w ramię. Widząc jego zaskoczoną minę, wywróciła oczami. – Wczoraj przez trzy godziny debatowaliście na temat kogo bałamucę w Nowym Jorku, a ty się nawet nie zająknąłeś, że kogoś masz!
– Słoneczko, ty zawsze stoisz w centrum. Nie mogłem ci tego odebrać. A rozmowa była ciekawsza.
– I dalej nie wiecie kim on jest – uśmiechnęła się tajemniczo i puściła mu oczko. – I czy w ogóle jest... – dodała, z rozbawieniem obserwując, jak mina przyjaciela się zmienia. – A teraz opowiadaj o twojej miłości, cukiereczku.
– Jesteś podła – stwierdził, szturchając ją lekko ramieniem. – Nazywa się Allison. Przyszła na zastępstwo w zamian za Chrisa, który złamał nogę i nie mógł pracować na sklepie, ale jakoś tak wyszło, że zatrudniłem ją na stałe i... – zaciął się wyraźnie zmieszany, na co Maisie parsknęła śmiechem.
– Masz romans z pracownicą!
Maisie spodziewała się, że Joey znów się zmiesza, może nawet zarumieni i odpowie jej coś złośliwego. Zamiast tego brunet wyraźnie się spiął, a uśmiech zniknął z jego twarzy.
– Nie panikuj – powiedział cicho, wyciągając dłoń w jej stronę. Słowa, które powiedział, wcale nie pomogły, a wprost przeciwnie. Dopiero teraz Maisie naprawdę zaczęła się martwić, a postawa przyjaciela na pewien sposób zaczęła ją przerażać. – Ktoś nas obserwuje – dodał, siląc się na uśmiech, jakby mówił coś zabawnego. – Nie odwracaj się – syknął, widząc drgnięcie ramion przyjaciółki.
– Jak wygląda? – zapytała cicho, z całych sił walcząc, aby podporządkować się do prośby przyjaciela.
– Młody, przed trzydziestką, brunet. Całkiem przystojny – odparł. – Ładnie ubrany. Nie wygląda na kogoś z doków, a tym bardziej na jakiegoś zbira. Chodźmy, może nam nic nie zrobi.
Brunetka pokiwała twierdząco głową i powoli ruszyła z miejsca. Przechodząc, niestety, musieli przejść koło tajemniczego mężczyzny. Ich spojrzenia na chwilę się skrzyżowały, a Maisie nie mogła oprzeć się wrażeniu, że skądś go zna. 
 *.*
Wraz z Harveyem przekroczyła próg sklepu, na witrynie którego był wielki napis COMIC WORD. Pomieszczenie było całkiem spore, a Maisie aż uśmiechnęła się szeroko sama do siebie. Przyjemne wspomnienia wracały.
Podeszli do jednego z koszy, przy których akurat nikt nie stał, po drodze machając Joey`owi na przywitanie. Ten skinął im lekko głową i dalej tłumaczył coś grupce nastolatków.
– Mam pytanie – zaczął Harvey, zwracając się do Maisie – Batman to facet w kostiumie nietoperza. Man-bat, to hybryda człowieka z nietoperzem. Czy zatem Man-bat w kostiumie człowieka będzie Man-Batmanem?
– Nie, będzie Batman-Batem – odparł Joey, który właśnie do nich dołączył.
– Czy Man-Batman nie byłby Batmanem ugryzionym przez radioaktywnego człowieka? – Maisie lekko zmarszczyła brwi, wpatrując się w najpierw jednego, a potem w drugiego przyjaciela.
– Batman to człowiek, więc stałby się człowiekiem o mocach... Człowieka. Czyli Man-Manem – wzruszył ramionami Harvey.
– Czyli Man-Man, to człowiek?
– A w stroju nietoperza?
– Będzie Batmanem.
– Człowiek w przebraniu nietoperza, to Batman. Man-Man w takim stroju, to Batman-Man
– Ale, gdyby Batmana ugryzł radioaktywny Man-bat i gdyby walczył w przebraniu Man-bata, to byłby Man-Bat-Man-Bat-Manem czy Man-Bat-Man-Bat-Batmanem?
– A czy pod strojem Man-bata miałby strój Batmana? – Obaj mężczyźni spojrzeli zaskoczeni na przyjaciółkę, która uśmiechała się niewinnie. Maisie natomiast uniosła głowę w górę i zamarła w pół ruchu, kiedy na kanapie, na drugim końcu sklepu, zauważyła mężczyznę z doków, który przeglądał ostatni zeszyt Fable.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ. 

Ostatni dialog, ten o Batmanie i Man-bacie pochodzi z serialu, kto zgadnie z jakiego dostanie ciasteczko i wino :D

I put my armor on, show you how strong I am

22.01.2020 r.
– Cześć tato – mówisz cicho, uśmiechając się słabo. Kucasz przy kamiennej płycie i powoli przesuwasz kciukiem po nieco zakurzonym zdjęciu ojca. Dawno nikogo tutaj nie było. Od przeprowadzki po raz pierwszy jesteś w Bostonie i dopiero teraz zaczynają łapać cię wyrzuty sumienia. Nerwowo przełykasz ślinę, czując, jak łzy zaczynają gromadzić ci się pod powiekami. Na wilgotnej trawie kładziesz jedną, czerwoną różę ze złotą wstążką. Kiedyś, to on kupował kwiaty. Eleanor zawsze dostawała fikuśny i kolory bukiet, tobie zawsze dawał jedną, czerwoną różę ze złotą wstążką. Nigdy nie zdradził ci, dlaczego tak robi.
Wzdychasz ciężko, chcąc coś powiedzieć. Kiedyś potrafiliście rozmawiać godzinami, a tematy przychodziły jeden po drugim, teraz nie wiesz, co mogłabyś powiedzieć, nie wiesz nawet, jak zacząć rozmowę. Wpatrujesz się jedynie w zdjęcie.
– Brakuje mi ciebie, wiesz? – zadajesz cicho pytanie. – Tęsknię za tobą, tato. Dlaczego od nas odszedłeś? Dlaczego nas zostawiłeś? Dlaczego się nie pożegnałeś? – Pytasz i nawet nie wiesz, kiedy zmieniasz pozycję. Już nie kucasz, lecz siedzisz na wilgotnej trawie i obejmujesz kolana ramionami. Zawsze tak robiłaś, kiedy byłaś smutna. Ojciec wtedy przychodził z kubkiem gorącego kakao, starając się cię pocieszyć. Zawsze wiedział, jak to zrobić. Do kubka wrzucał osiem słodkich pianek, bo właśnie tyle jest planet w układzie słonecznym oraz jedną dodatkową, twierdząc, że to na szczęście i zaczynał rozmowę. Zawsze wiedział, co oraz kiedy powiedzieć. Nie było dla niego tematów tabu, nie bałaś się mu niczego powiedzieć, bo dobrze wiedziałaś, że zawsze cię wysłucha, nawet kiedy był zajęty. Nigdy nie przekładał pracy nad ciebie, w końcu byłaś jego Gwiazdką. 
– Nie radzę sobie. – Wyznajesz w końcu, czując, jak ogromny ciężar spada ci z ramion. Od kilku miesięcy udawałaś, że wszystko jest w porządku. Uśmiechałaś się szeroko, chodziłaś w kolorowych ubraniach, pracowałaś i próbowałaś pomóc ogarnąć się Eleanor, która całkowicie się załamała. Musiałaś być silna dla siebie i dla niej. Ciebie nie miałby kto ogarnąć, nie miałby kto pocieszyć i postawić do pionu. Nie mogłaś pozwolić sobie na chwilę słabości, na chwilę niedoskonałości. W oczach matki zawsze musiałaś być idealna, nieskazitelna i doskonała. Nawet w tak trudnych dla ciebie chwilach nie mogłaś okazać się słaba, choć najchętniej rozsypałabyś się na milion malutkich kawałeczków. Teraz coś w tobie pękło, tama, którą budowałaś przepuściła falę uczuć, które zaczęły cię przygniatać.
– Tato, dlaczego mnie zostawiłeś?! – Pytasz w pewnej chwili, czując, jak łzy spływają po twoich policzkach. Pospiesznie ocierasz je wierzchem dłoni. – Obiecałeś, że zawsze będziesz przy mnie! – Rzucasz pretensjonalnie w stronę kamiennego nagrobka, wpatrując się w surowe oczy ojca. Żałujesz, że nie ma go teraz przy tobie. Brakuje ci go. Jego głosu, spojrzenia, silnych ramion, w które mogłabyś się wtulić, ale najbardziej boli cię brak pożegnania. Może, gdybyś postąpiła inaczej... Gdybyś nie wsiadła na statek, gdybyś nie pracowała, gdybyś poszła na studia... Gdybyś...
 21.06.2002 r.
– Wszyscy na swoje miejsca! – Głos nauczycielki rozległ się w niewielkim pomieszczeniu, które stanowiło garderobę dla wszystkich siedmiolatków, którzy brali udział w przedstawieniu. Maisie uniosła głowę i pokiwała twierdząco głową. Zeszła z krzesła, podchodząc do kotary. Wystawiła za nią głowę, sprawdzając ile osób przyszło zobaczyć przedstawienie. Cała sala. Serce podeszło jej do gardła, a kiedy na widowni nie zauważyła ani Eleanor ani Franklyna, oczy zaszkliły jej się od łez.
– Proszę pani... – zaczęła, chowając się za kotarę. Nauczycielka spojrzała na nią spod byka. – Nie mogę wystąpić – powiedziała cicho, a z nerwów zaczęła skubać skórkę przy paznokciu.
– Maisie... – zaczęła nauczycielka – nie mamy na to czasu. Wszystko wypadało dobrze. Wszyscy się denerwują. Dasz radę i nie myśl o tym – dokończyła. Nim Maisie zdążyła odpowiedzieć, kobieta zniknęła, zajmując się ważniejszymi sprawami. Nie mając innego wyboru, powoli powędrowała w kierunku swojego miejsca. Stanęła na nim, starając się ignorować wszystkie rozmowy na temat gości na sali. Od niej nikt nie przyszedł. Tata wciąż przebywał na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, a mama pewnie miała ważniejsze sprawy na uczelni.
– Zaczynamy! – Usłyszała i z napięciem obserwowała, jak kotara powoli rozsuwa się na boki. Pierwsze takty piosenki popłynęły z głośników, więc uniosła mikrofon, przygotowując się do zaśpiewania. Otworzyła usta, jednak strach ją sparaliżował. Nie mogła wydusić z siebie ani jednego słowa. Spojrzała z przerażeniem na ludzi, po czym wybiegła przy pomruku zdezorientowania i schowała się za kotarą, czując łzy na policzkach.
– A mówiłaś, że niczego się nie boisz. – Słysząc znajomy głos, uniosła głowę, nie kryjąc zaskoczenia w spojrzeniu. Wpatrywała się w mężczyznę, który stał przed nią w czarnych spodniach oraz niebieskiej kurtce z naszywką NASA.
– Tata! – Krzyknęła, rzucając się mężczyźnie na szyję. Ten podniósł ją w locie i czule głaskał po włosach, kiedy się w niego wtulała. – Przepraszam.
– Nie przepraszaj, Gwiazdko – powiedział, odstawiając córkę na podłogę. – Nie masz za co – zapewnił, kciukiem wycierając jeden z jej policzków z łez.
Tamtego dnia Maisie dostała jeszcze jedną szansę. I po raz pierwszy w swoim krótkim życiu zabłysła na scenie, a Frank obserwował wszystko i pękał z dumy. 
 05.07.2013 r.
Budzik zadzwonił równo o godzinie trzeciej. Maisie leniwie otworzyła oczy i po raz pierwszy pożałowała swojej decyzji. Poprzedniego dnia nieco za bardzo dała się ponieść świętowaniu niepodległości. Głowa ją bolała, chciało jej się spać i najchętniej zostałaby w łóżku na stałe. Po raz pierwszy od podjęcia decyzji wcale nie chciała jechać do portu i wsiadać na statek. Chciała tutaj zostać.
Piętnaście minut później zadzwonił drugi budzik, który tylko utwierdził ją w przekonaniu, że właśnie robi największą głupotę swojego życia. A zrobi jeszcze większą, jeśli zaraz nie podniesie tyłka z łóżka.
Wyłączyła irytujące urządzenie, powoli podnosząc się z łóżka. Zapaliła światło, które nieco ją oślepiło. Nieco po omacku poszła do swojej łazienki, gdzie przemyła twarz zimną wodą, aby nieco się obudzić.
Pół godziny później z walizką powoli schodziła po schodach, starając się zachowywać najciszej, jak tylko potrafiła. Weszła do kuchni, a cichy krzyk wydobył się z jej ust, kiedy zastała ojca siedzącego na krześle i czytającego gazetę. Na stole obok leżała górka pancaków z syropem klonowym oraz truskawkami oraz dwie filiżanki gorącej, czarnej kawy.
– Gdybyś się tak nie guzdrała, Gwiazdko, byłby jeszcze ciepłe – powiedział, powoli składając gazetę. Widząc zdziwienie na twarzy córki, uśmiechnął się nieco zabawnie. – Wiem, wiem. Jesteś dorosła, ale chyba nie odmówisz staremu ojcu ostatniego wspólnego śniadania?
Nie odmówiła. Zjedli śniadanie, rozmawiając na przeróżne tematy i śmiejąc się, a kiedy zegarek wybił czwartą trzydzieści, pomógł jej zapakować się do samochodu i zawiózł do portu. Pożegnali się, a Maisie nigdy nie dowiedziała się, że tamtego dnia Franklyn spędził cały poranek na obserwowaniu statku i do domu wrócił dopiero, kiedy całkiem stracił go z oczu.
22.01.2020 r.
– Nie martw się, tato – mówisz cicho, a potem mocno ściskasz naszyjnik z gwiazdką, który dostałaś na piętnaste urodziny. Powoli się uspokajasz, odzyskujesz kontrolę nad oddechem, a łzy już nie spływają po twoich policzkach. – Dam sobie radę.